Home > Gospodarka i Polityka > Anatomia strachu?

Anatomia strachu?

Anatomia strachu?[1]

Jest wiele teorii, które próbują wyjaśnić motywy przyświecające kolejnym pokoleniom (generacjom) decydentów w Pekinie. W kontekście tego, że Chiny zmierzają do statusu mocarstwa (a może i hegemona) nie dyskutuje się już „czy?” lecz raczej „kiedy?”[2]. Niezmiennie aktualne pozostaje również pytanie „dlaczego?”[3]. Dlaczego Chiny prowadzą coraz bardziej asertywną politykę (jak chociażby w przypadku wysp na Morzu Południowochińskim) względem reszty świata? Jak już mówiłem, odpowiedzi jest wiele, lecz tym, co moim zdaniem popycha Chiny ku pozycji mocarstwa (regionalnego lub globalnego) jest strach. To nieracjonalne uczucie stoi prawdopodobnie za powstaniem wszystkich wielkich mocarstw od czasów antycznych Greków i Rzymian przez ciemne wieki średniowiecza i czasy kolonialne po erę nowożytną i następującą po sobie hegemonię dwóch krajów anglosaskich położonych po obu stronach Atlantyku. Strach przed stratą lub zmniejszeniem zysków, a czasem przed zyskiem konkurenta. Chciałbym dlatego przeanalizować kluczowe wydarzenia w historii ChRL i porównać je z losem starożytnej Sparty, która ze strachu przed rosnącą potęgą Aten rozpętała prawdopodobnie największą wojnę starożytności.

Teza o strachu nie jest bynajmniej nowa – o tym czego boją się Chińczycy (w domyśle grupa „trzymająca władzę” w KPCh) pisał w minionej dekadzie znany wszystkim zainteresowanym stosunkami międzynarodowymi Robert Kagan[4]. Jego zdaniem, dzielą oni wspólne z Rosjanami przekonanie o tym, że Zachód nieustannie spiskuje przeciw nim i dlatego muszą być silni i niezależni. Zinterpretował on również współczesne wydarzenia przez pryzmat idei wywodzącej się ze starożytności, a dokładnie z dzieł pierwszego i powszechnie uznawanego historyka, czyli Tukidydesa, który w Wojnie Peloponeskiej za główny powód wybuchu tej swoistej „wojny światowej starożytności” wymienia strach, który ogarnął Spartiatów w obliczu wzrostu potęgi Aten. Co druga wojna peloponeska ma wspólnego ze współczesnymi Chinami? O tym zaraz.

Dopiero co obiegła świat wiadomość o werdykcie wydanym przez Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy w Hadze w sprawie skargi wniesionej przez Filipiny na temat prawa zainteresowanych krajów do spornych wysp na Morzu Południowochińskim. Co było do przewidzenia, Trybunał uznał, iż argument historyczny podnoszony przez Chiny jest nieuzasadniony. Co również było do przewidzenia, Chiny niewiele sobie robią z tego orzeczenia. Zresztą już od dawna w mediach za Wielkim Murem mowa była o tym, iż ChRL nie uzna arbitrażu, niezależnie od tego, jaki będzie jego wynik. Dlaczego Pekin stawia na szali cały swój wizerunek odpowiedzialnego członka społeczności międzynarodowej, na który pracuje mniej więcej od czasów Denga Xiaopinga, na rzecz utrzymania kontroli nad nagimi skałami z dala od macierzystego lądu? Dla ropy i gazu? Bogatych łowisk? Być może. Jednak czy ryzykowanie wojny ze Stanami Zjednoczonymi w sytuacji, gdy te wyraźnie pokazały, że nie ustąpią wobec pogwałcenia zasady wolności żeglugi, jest tego warte?[5]

Wydaje mi się, że jednak nie o ropę czy owoce morza tu chodzi, a tym bardziej o argumenty historyczne. Jak podkreśla Kagan, Chiny nie akceptują powszechnie uznawanego faktu, że o bezpieczeństwo żeglugi w XXI wieku dba amerykańska marynarka. Bo jak sam zauważa, Chiny stoją na stanowisku, że muszą być niezależne i samowystarczalne. Banał? Dopóki Nowy Szlak Jedwabny na dobre nie ruszy (co raczej nie będzie miało miejsca przed rokiem 2020) to jedynym liczącym się chińskim oknem na świat było, jest, i będzie: morze (a konkretnie trzy morza – Żółte, Wschodniochińskie i Południowochińskie). Trzymając się tezy Kagana, że Chińczycy nie ufają Zachodowi, to zapewne niczego się tak nie obawiają, jak blokady morskiej. Blokady, która odcięłaby Chiny od surowców i rynków zbytu. To dlatego Pekin chce odsunąć linię brzegową jak najdalej od właściwego brzegu i dlatego, jak twierdzi Kagan, nagle zwróciły uwagę na znaczenie Cieśniny Malaka. Prawdopodobnie dlatego również powstał projekt lądowego Szlaku Jedwabnego. Tyle w temacie teraźniejszości, pora cofnąć się kilkadziesiąt lat do tyłu.

Co kierowało Mao Zedongiem i resztą „towarzyszy”, gdy postanowili uderzyć na siły ONZ w Korei i zająć Tybet? Przecież w pierwszym przypadku ryzykowali wybuch kolejnej wojny światowej[6], w drugim zaś wzięli sobie na głowę niekończący się problem polityczny i ekonomiczny. Warto przypomnieć, iż Chiny straciły w Korei 900 tysięcy żołnierzy (a właściwie „900 tysięcy plus jeden” – w Korei zginął syn Mao), a Tybet, mimo iż przyćmiony przez Sinkiang, to wciąż jest rozsadnikiem niepokojów w Chinach i źródłem wszelakich zgrzytów na arenie międzynarodowej.

Czym jest Tybet? Najprościej rzecz biorąc to naturalna bariera pomiędzy Indiami a Chinami. Mao stanął przed następującym dylematem – albo Tybet stanie się dla Indii potencjalną bramą do Chin, albo Chiny zajmą Tybet i będą miały pewność, że Indie nie będą narażone na pokusę uzyskania prostej drogi do serca Państwa Środka. Czy to dylemat urojony, czy też rzeczywisty, to już inna kwestia, jednak strach z zasady nie jest przecież racjonalny. Tylko tyle i aż tyle wystarczyło, aby podbić sąsiedni kraj[7]. Oczywiście Tybet to również źródło nieprzebranych bogactw naturalnych w postaci rud wszelakich metali (w tym uranu), które to Chiny intensywnie teraz eksploatują. W tym przypadku również zapewne strach przed tym, że to Indie sięgną po tę bogatą krainę, jako pierwszy pchnął chińskich komunistów do działania[8].

A Korea? No cóż, tu wystarczy cofnąć się o kolejne kilkadziesiąt lat wstecz i przypomnieć sobie jak wyglądał pierwszy etap japońskiej inwazji na Chiny. Japończycy ruszyli znad Yalu i błyskawicznie zajęli Mandżurię. Dokładnie tego samego obawiał się Mao w 1950 roku, gdy siły ONZ zbliżały się do granicy koreańsko – chińskiej. Znów dylemat, czy czekać i ryzykować, że dojdzie do kolejnego ataku na Państwo Środka, czy lepiej wyprzedzić rozwój sytuacji i uderzyć jako pierwszy? Śmiem twierdzić, że Mao Zedong ponownie wybrał wariant agresywny ze strachu, że historia może się powtórzyć i Chiny znów zostaną upokorzone.

Cóż więc wspólnego mają Lacedemończycy ze współczesnymi Chińczykami? Oba te silne i dumne ludy w ważnych momentach swojej historii dokonały wyboru motywowanego prawdopodobnie strachem. Sparta zdecydowała się na wojnę ze Symmachią Delijską, gdyż bała się tego co się stanie, jeżeli tego nie zrobi. Mao rozkazał zajęcie Tybetu oraz potwierdził podział Korei na kolejne kilkadziesiąt lat, gdyż podobnie jak Spartiaci blisko 2,5 tysiąca lat wcześniej, bał się konsekwencji braku własnej reakcji na działanie innych i w efekcie zysku państw ościennych. Chiny w kwestii spornych wysp na Morzu Południowochińskim jak do tej pory kierowały się strachem przed spiskiem Zachodu (w Chinach dość głośno mówi się i dużo pisze o „strategicznym okrążeniu” kraju). Pytanie, które się automatycznie nasuwa brzmi: jak daleko Pekin jest w stanie posunąć się z powodu strachu (przed stratą/zmniejszeniem zysków/czy zyskiem innych)? Warto się również zastanowić jak daleko posuną się Stany Zjednoczone, aby zastopować chiński marsz ku hegemonii? Obyśmy nie żyli w takich czasach, gdy przyjdzie się nam o tym przekonać.

[1] Do napisania tych kilku wersów zainspirowały mnie zajęcia profesora Piotra Grabowca który jest jedynym znanym mi człowiekiem, który potrafi „filozować” (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) w sposób interesujący i co najważniejsze bez maniery, którą najprościej określić można słowami „jestem profesorem i dlatego wszystko wiem najlepiej”.

[2] Szerzej na ten temat zob. A. Brunet, J. P. Guichard, Chiny światowym hegemonem?, Warszawa 2011, passim; S. W. Mosher, Hegemon: China’s plan to dominate Asia and the world,  San Francisco 2002, passim; H. Campbell, China in Africa: challenging US global hegemony, „Third World Quarterly” 2008, nr 29, t. 1, 89-105; D. Roy, Hegemon on the Horizon? China’s Threat to East Asian Security, „International Security” 1994, Nr 19, t. 1, s. 149-168; R. Bernstein, Munro R. H, The coming conflict with China, Nowy Jork 1998, passim.

[3] Pytanie, które zdaniem amerykańskiego socjologa Earl’a Babbiego jest jednym z kluczowych pytań jakie powinien stawiać sobie naukowiec w dziedzinie nauk społecznych: zob. E. Babbie, Badania społeczne w praktyce, red. A. Kłoskowska – Dudzińska, Warszawa 2005, s. 113.

[4] R. Kagan, Powrót historii i koniec marzeń, Poznań 2009, s. s. 31-42.

[5] Oczywiście te argumenty mają tyle wspólnego z rzeczywistymi motywacjami Waszyngtonu, co historyczne związki Chin z rzeczonymi skałami, ale dzięki temu obie strony mają ideologiczne uzasadnienie dla swojego postępowania.

[6] Douglas MacArthur w odpowiedzi na chińską interwencję planował dokonać uderzeń jądrowych na ten kraj i gdyby nie nieprzejednana postawa Trumana (którego przecież nijak nie można uważać za człowiek sprzyjającemu światowemu komunizmowi), to kto wie czy do wojny jądrowej z ZSRR by nie doszło.

[7] Postępująca militaryzacja Tybetu, w tym również rozmieszczenie pocisków z głowicami jądrowymi, potwierdza post factum jak dużą miarę Pekin przywiązuje do strategicznego znaczenia regionu: szerzej zob. K. Kubiak, Tragedia Tybetu a strategia rozwojowa Chin, „Rocznik Bezpieczeństwa Międzynarodowego”, Tom 3 (2008) s. 93-103.

[8] Ibidem.

Autor zdjęcia: aidorian

Marcin Adamczyk
Autor ukończył Stosunki Międzynarodowe na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego w 2013 roku obroniwszy, z oceną bardzo dobrą, pracę nt. geopolitycznej roli Chin na Pacyfiku. Rok później podjął Studia Doktoranckie na kierunku Nauki o Polityce, na tym samym wydziale. Autor w ramach Pracowni Koordynacji Badań i Dydaktyki Bezpieczeństwa Narodowego zajmuje się dydaktyką i badaniami nt. bezpieczeństwa i obronności. Obszary badawcze którymi się zajmuje to polityka bezpieczeństwa ChRL, relacje międzynarodowe w obszarze Azji i Pacyfiku oraz potencjały militarne najważniejszych państw na świecie. Jednocześnie z zamiłowaniem poszukuje sprzeczności i powiązań, tam gdzie inny ich nie dostrzegają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *